Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sztuka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sztuka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 listopada 2015

Miliony doznań a tylko 5 zmysłów.



Bycie wolontariuszem to ciężki orzech do zgryzienia,ale warty połamania zębów, jednak udział w tegorocznej edycji, trzyletniego projektu integrującego osoby niepełnosprawne z osobami "sprawnymi", to czysta przyjemność. Nosi on nazwę „5 zmysłów.DYSTANS”. Dla większości jest to nie lada wyzwanie wyzbyć się uprzedzeń, spojrzeć na sytuację w innej perspektywy. Wszelkie dysfunkcje ciała czy intelektu przykuwają naszą uwagę, jednak z czasem oswajamy się, integrujemy, dyskutujemy. O problemach, niedogodnościach ale i rozwiązaniach

Projekt jest podzielony na dwie części: konwersatoria oraz warsztaty, podczas których osoby z niepełnosprawnościami współpracują nie tylko z artystami. Skupiając się na przestrzeni publicznej, uświadamiamy sobie jak jest ona trudna we współżyciu, nie rzadko wymagająca udzielenia pomocy osobą niepełnosprawnym. Przestrzeni która zamiast pomagać, komplikuje i pogłębia problem dyskryminacji. Z kolei w przestrzeni relacyjnej zainteresowani skupili się na relacjach międzyludzkich które wcale nie są takie proste i klarowne jak wydawać by się mogło. Wielość społecznych podziałów, chęć przyporządkowania się przytłacza, w szczególności gdy mamy jakiś problem, chociażby z porozumiewaniem się.

W zeszły wtorek, wieczorną porą udałam się na ulicę Nowowiejskiego, w stolicy wielkopolski. Zmęczona całodniowymi zajęciami,podążałam urokliwie oświetloną ulicą. Przenikliwy wiatr nie dawał spokoju przechodniom, przez co marzyło się jedynie o ciepłym miejscu, poduszeczce i kocyku. Nie wiedziałam dokąd zmierzam, jednak gdy zobaczyłam ciepło oświetloną kawiarnię- "Dobrą Kawiarnię", na pierwszy rzut oka z tłumnym zbiorowiskiem, uznałam, że to tam. Nie myliłam się. Kawiarnię odwiedziły garstka osób zainteresowana spotkaniem, także było interesująco,kameralnie i ciepło.Za specjalistami Anną Komorowską- architektem krajobrazu, pedagogiem a z zamiłowania publicystką, oraz Cezarym Czmplikiem- prowadzącym warsztat "plac zabaw" w ramach projektu, głównie rozmawialiśmy o wyposażeniu przedszkoli, o tym jak one wyglądają a jak wyglądać powinny, oraz o uciesze małych i dużych obywateli- o placach zabaw. Co robić by dzieci nie ograniczać, by mogły integrować się z rówieśnikami, tworzyć nie zapominając o zabawie i bezpieczeństwie.

Kolejne spotkanie ma się odbyć w przyszłą środę tj. 18 listopada, także w Dobrej Kawiarni(ul Nowowiejskiego 15, godzina 17.00) , tym razem poruszymy temat: Outsider art i Art Brut, czyli o obecności osób niepełnosprawnych na rynku sztuki współczesnej. O tym co tworzą, jak oraz na jakiej tematyce bazują. Gościem dyskusji ma być być: Małgorzata Szaefer - dyrektorka i kuratora Galerii Tak oraz Rafał Jęczmyk. Jeżeli jak ja jesteście głodni rozmów i nowych doświadczeń z zakresu sztuki, zapraszam was gorąco.

Więcej informacji znajdziecie TUTAJ.

wtorek, 27 stycznia 2015

6 x 3 = 25

Mieszanka tylu wybitnych nazwisk powinna nas zdumiewać, fascynować i zachwycać. Sześciu pierwszorzędnych pedagogów związanych z Uniwersytetem Artystycznym w Poznaniu. Trzy generacje. Wstęp wolny. Wszystkie te przymioty powinny wywoływać gęsią skórkę.


„(..)Stolica Wielkopolski, znacząco wyróżnia się na tle innych polskich miast, dysponując jednym z najprężniejszych środowisk fotograficznych”. Poznańska katedra przez lata funkcjonowania wypracowała sobie stabilną pozycję na rynku sztuki. Michał Bugalski, Jarosław Klupś, Konrad Kuzszyna, Mateusz Sadowski, Piotr Wołański czy Stefan Wojnecki to nazwiska wielkich postaci których prace mogliśmy oglądać w poznańskiej galerii. Prace zostały wystawione by uczcić 25-lecie nauczania na kierunku fotografii. Elita polskiej sceny fotograficznej, różne koncepcje i sposoby postrzegania rzeczywistości- zostały skonfrontowane w jednym miejscu. Na piedestale możemy postawić m.in. Stefana Wojneckiego uważanego za twórcę fotograficznej neoawangardowy, początkowo interesował się techniczno-naukowym aspektem fotografii, co widać po dzień dzisiejszy w jego twórczości. Piotr Wołyński także otrzyma zaszczytne miejsce, autor wystaw oraz teoretyk fotografii. Alternatywnie postrzegający świat, poprzez obiektyw aparatu. Dzieła  Konrada Kuzszyna również znalazły się na owej wystawie. W swoich pracach porusza temat człowieka jego fizjonomii oraz kondycji. Pośród wystawianych fotografii znajdziemy projekty Jarosława Klupsia, który często sięga do procesów historycznych wykorzystując do tego klasyczną fotografię i instalacje. Nie można zapomnieć o pracach Mateusza Sadowskiego który często wykorzystuje proste przedmioty życia codziennego. Czarno- białe, minimalistyczne oraz geometryczne projekty są jego znakiem rozpoznawczym. Najmłodszy z naszej szóstki artystów, laureat Biennale Sztuki Młodych „Rybie Oko” 6 w Słupsku- Michał Bugalski. Zawieszenie między przyszłością a przeszłością jest często poruszanym przez niego tematem. To już wszyscy nasi „bohaterowie” którzy prezentowali swoje prace w sercu Poznania.  

Prace wspomnianych twórców mogliśmy oglądać na wystawie, pod tytułem 6 x 3 = 25. Prezentowanej w Galerii Piekary, filii poznańskiego Centrum Kultury Zamek. Czysta White Cube’owa forma, pozwala na całkowite oddanie się prezentowanej kolekcji. Pomimo tego, mamy wrażenie, że wystawa nie została do końca przemyślana, bowiem widz błądzi od ścinany do ściany, bez większego ładu. Kolekcja zdaje się nie spójna, może to być spowodowane różnym podejściem do intermediów ale i fotografii, przez UAP’owskich wykładowców.  Każdą pracę musimy interpretować na inny sposób, ramy obrazów są również odmienne. Mnogość obrazów i elementów wystawy, może prowadzić rozproszenie uwagi widza ale i problemów z analizą dzieł. Tematyka obrazów porusza takie problemy jak: śmierć, ulotność, nagość- przez które codziennie jesteśmy bombardowani, we wszelkiego rodzaju prezentacjach czy mediach. Czy przypadkiem owe tematy tabu nie zostały już wyczerpane? Myślę, że poprzez nadmiar informacji stajemy się na nie obojętni. Pomimo wielu przeciwności, różnorodność prac i nieograniczona tematyka wystawy składnia do refleksji. Żyjemy w ciągłym pędzie, napotykając z każdej strony na coraz to nowsze informacje. Pomimo, pozornego tematycznego rozgardiaszu, kolekcja pokazuje nam rozpiętość elity fotograficznej. Ukazuje również szerokie spektrum rozwoju po ukończeniu Uniwersytetu Artystycznego. Wielość form i koncepcji otwiera nasze umysły na nowe doznania, rzeczy pozornie nie kompatybilne stają się współgrać-  niczym w ogarniającym nas mieście. W pędzie samochodów, krzyku ulicy czy śpieszących się ludziach jest jakaś zależność, która w dziwny sposób uspakaja równie silnie jak owa wystawa.     


poniedziałek, 14 lipca 2014

Cricoteka

Zanim przejdę do Cricoteki, należy zacząć od człowieka bez którego cała opowieść nie miałaby sensu- Tadeusza Kantora czyli polskiego malarza który zawojował świat teatru. Bezwzględnie zrewolucjonizował scenę światową, dosłownie na nią wchodząc i dyrygując swoimi aktorami, którymi bardzo często byli jego przyjaciele, pasjonaci sztuki. Artysta twierdził, że awangarda jest już tak mocno odciśnięta na kartach sztuk plastycznych, że jest to czas na wprowadzenie jej na deski teatru. Przedstawienia nie mogły być ograniczane przez cokolwiek: miejsce czy scenariusz. Podczas okupacji malarz stworzył teatr eksperymentalny, którego późniejszą kontynuacją był Cricot 2. W 1954 roku został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi za zasługi dla Państwa.


Ale czym jest Cricoteka? To ośrodek Dokumentacji Sztuki Tadeusza Kantora, znajdujący się w Krakowie, który istnieje od 1980 roku, początkowo działał jako ośrodek teatru Cricot 2, gdzie przez ponad dekadę zostawiał po sobie spuściznę. Dzięki czemu w murach budynku znajdziemy pokaźny zbiór obiektów, kostiumów, szkiców, zapisów video wykorzystywanych przy tworzeniu spektakli ale i nie tylko. Cricoteka to miejsce pełniące funkcję archiwum, muzeum, galerii ale i placówki naukowej.


Budowa kolejnej fili krakowskiego ośrodka  trwa od 2009 r., a otwarcie planowane jest po wakacjach. Tego nie łatwego przedsięwzięcia podjęła się pracownia nsMoonStudio. Architekci przyznają, że czerpali inspirację z twórczości artystycznej Tadeusza Kantora,a w projekcie powinniśmy dostrzec ideę ambalażu. Nowa cześć budynku ma powstać nad zabytkową częścią pochodzącą z XIX wieku, w której niegdyś mieściła się elektrownia. 13 metrów nad budynkiem starej elektrowni, ma powstać stalowy most czyli nowa część obiektu.W odnowionej przestrzeni znajdziemy wielofunkcyjne sale audiowizualne, natomiast w nowej części znajdziemy bibliotekę i kawiarnię.


Bez wątpienia projekt łamie wszelkie stereotypy budowy obiektów muzealnych, w niecodzienny sposób zderzają się dwa tak odmienne style, teoretycznie nie mające ze sobą nic wspólnego a jednak współgrające. Budynki idealnie wpisują się w koncepcje Tadeusza Kantora. Oglądając twórczość artysty czujemy pewnego rodzaju niepokój i takie także uczucia nam towarzyszą gdy spoglądamy na budynek. Mogę nie być fanką tak wyraźnego kontrastu, uczuć wiążących się z tym miejscem ale odwaga z jaką architekci nsMoonStudio podeszli do zadania jest jak najbardziej warta gromkich oklasków. Takiego zdecydowania w podejmowaniu ryzyka, związanego z tworzeniem oraz renowacją starych pomieszczeń pofabrycznych, jest nam niestety brak.



       Jestem ciekawa jak wy reagujecie na nowy projekt Cricoteki, z chęcią poznam wasze zdanie na ten temat: piszcie w komentarzach.

fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

środa, 29 stycznia 2014

Tożsamość street-artu: Globalna czy lokalna?

Czym tak naprawdę jest street art? Naściennymi „bazgrołami” stworzonymi przez grupy zdesperowanych i znudzonych nastolatków czy sztuką uliczną tworzoną przez ludzi z pasją, dla których nie ma miejsca w przeciętnych muzeach, chcących w ten sposób pokazać swój sposób postrzegania świata szerszemu gronu odbiorców? Odpowiedzi na to pytanie byłoby wiele, bowiem street-art ma spore grono zwolenników ale również przeciwników. Zacznijmy od wyjaśnienia pojęcia "street-artu", żeby się przygotować sięgnęłam do wszystkowiedzącej Wikipedii i dowiedziałam się, iż jest to dziedzina sztuki tworzona w miejscu publicznym, cóż za imponujące odkrycie, czytałam dalej.. termin ten zawiera w sobie Graffiti, którego się często używa by odróżnić "aktywność artystyczną" od wandalizmu, i tu się tworzy przestrzeń dla spekulacji. Czy graffiti  jest wandalizmem, czy jest to wyrażanie swoich emocji na kawałku muru, budynku, najczęściej nielegalnie; bez jakiejkolwiek zgody lokalnych władz, czy zwyczajnie właściciela danego obiektu?! A może jest to coś więcej, zjawisko nie ograniczające się tylko do przestrzeni lokalnej. Być może nie zdajemy sobie sprawy z ogromu street-artu, utożsamiając go jedynie z wspomnianym wcześniej graffiti . Im więcej na ten temat czytałam, tym bardziej uświadamiałam sobie, iż tak naprawdę nasza wiedza dotycząca tego zjawiska jest znikoma. Nie tylko ja mam problem z tym zagadnieniem, bowiem natknęłam się na książkę pt. „Street-art. Między wolnością a anarchią”. W której były zawarte eseje historyków i krytyków sztuki oraz architektów, z udziałem socjologów, kulturoznawców, prawników czy nawet badaczy mediów. Dzięki tej książce zdałam sobie sprawę, ze złożoności zjawiska jakim jest street-art, z możliwości jego wielopłaszczyznowej interpretacji.


Skoro street- art jest  aktywnością artystyczną, dlaczego autorzy nie chełpią się swoimi dziełami, dlaczego większość z nich jest anonimowa? W głowie mam milion pytań które chciałabym zadać, ale z odpowiedzią na nie miałabym raczej problem. Czytając i przeglądając strony dotyczące tego zagadnienia, dowiedziałam się że jest wiele rodzajów street-artu : Scratching polega na wydrapywaniu napisów za pomocą wszelakich przedmiotów. Jest to metoda bardzo trudna do usunięcia, ale także czasochłonna, więc jest kojarzona z aktem wandalizmu. Każdy nie raz natknął się na Writting, czyli napisy ścienne które są wszechobecne. Dla mnie wszystkie są podobne, ale ponoć każdy grafficiarz próbuje wypracować swój niepowtarzalny styl. Najwięcej mówi się na temat prac dotyczących rasizmu, różnic wyznaniowych czy spraw politycznych. Wielu graficiarzy posługuje się szablonami, za pomocą których przenoszą wymyślone uprzednio przez siebie wzory na wybrany kawałek muru. Sięgając do historii Polski, możemy sobie przypomnieć, iż podczas walki z okupantem, młodzież, umieszczała na ścianach np. znaki kotwicy czyli Polski Walczącej–był to idealny sposób na zwrócenie uwagi. Od tamtego czasu naprawdę niewiele się pod tym względem zmieniło. Autorzy street-artu usiłują zwrócić naszą uwagę na ważne aspekty kulturowe, różnice wszelkiego rodzaju, często wiąże się to z pytaniami: gdzie się kończy sztuka a zaczyna wandalizm. Idealnym przykładem jest  Banksy-brytyjski artysta, który zasłynął z prac robionych właśnie metodą szablonu, niemal zawsze dotyczących istotnych problemów społecznych i kwestii politycznych, które można traktować jako swoisty odautorski komentarz a jednocześnie nie zaprzeczalnie rodzaj sztuki. Jego prace znajdziemy w  Londynie, ale także w innych miejscach na świecie, ich wydźwięk jest raczej antywojenny, antykapitalistyczny i pacyfistyczny. Początkowo jego postać  kojarzyła mi się z relacjami z mediów, bowiem w pewnym czasie było o nim bardzo głośno, ale więcej na jego temat dowiedziałam się z filmu-„Wyjście przez sklep z zabawkami”. I tu pojawia się pytanie: czy street-art zaliczylibyśmy do tożsamości raczej lokalnej czy może globalnej? 




Skoro mowa o nim nie tylko w branżowych magazynach, portalach o sztuce, ale nawet zwykłych codziennych wiadomościach. Kilka lat temu, gdy w prasie pojawiły się doniesienia o tym, że artysta namalował obrazy na murze dzielącym, Palestynę i Izrael- dwa państwa będące zwaśnione od lat, za sprawą konfliktu terytorialnego. Jedna z grafik przedstawiała dziecko, które zabawkową łopatką wykopało dziurę w murze. Rozpoczęła się publiczna nagonka oraz wiele spekulacji, dotyczących słuszności dzieł i miejsca. Podobną reakcję wywołał, nagi mężczyzna zwisający z parapetu  okna, ukrywający przed mężem swojej kochanki, na ścianie Sexual Health Clinic Street w centrum Bristolu, pomimo iż miejskie władzę chciały usunąć dzieło, opinia publiczna przegłosowała jego pozostawienie wynikiem 97%. Rozgłos Banksy’ego wzrastał, gdy w LA stworzył swój pierwszy wernisaż, zawrzało,  pomalowanie słonia(a raczej upodobnienie go to naściennej tapety) wywołało przeróżne odczucia:  śmietanka towarzyska Hollywood była oczarowana pomysłem, natomiast obrońcy praw zwierząt się oburzyli – rozpętała się kolejna burza medialna z udziałem tego artysty. Wzrost jego popularności czynił ze street-artu, sztuki tworzonej bez pobudek finansowych,  sztukę może nie komercyjną, ale na pewno komercji bliską. Prace Banksy’ego zaczęły przybierać horrendalne kwoty na aukcjach, „gwiazdy” a nawet mecenasi sztuki pragnęli posiadać jego działa w swoich kolekcjach. Sztuka street-artu zaczęła przybierać inny kształt. Film wspomniany przeze mnie wcześniej idealnie pokazuje jak to wszystko się zaczynało, jak ten rodzaj sztuki wpasowywał się w nasze codzienne życie i otoczenie. Jak z rangi lokalnego przybierał postać globalną.


Kolejnym przykładem jest film pt. „Twarze” który przedstawia nam projekt francuskiego artysty o pseudonimie JR oraz szwajcara Marco .Którzy z odległości około  10 cm, zrobili zdjęcia twarzy wybranych(41) Izraelczyków i Palestyńczyków reprezentujących różne zawody, grupy społeczne by następnie rozwiesić zdjęcia w najbardziej newralgicznych punktach Palestyny i Izraela. Film idealnie pokazuje reakcje ludzi, zmaganie z rozróżnieniem, kto tak naprawdę jest muzułmaninem a kto żydem na ukazanych zdjęciach. Nastroje mieszkańców obu narodów są napięte, wszyscy zgodnie twierdzą, iż mur należy zburzyć. Śmiech wyzwolony przez JR, karykaturalnymi zdjęciami rabina, imana i księdza, przełamuje w pewien sposób „mur” wrogości między graniczącymi ze sobą narodami. Film nam uzmysławia w jakim koszmarze żyją ci ludzie, marząc o podstawowych rzeczy jak praca, jedzenie czy dach nad głową. Street-art nagle przybiera inną postać, jego rola nie ogranicza się tylko i wyłącznie do pokazywania sztuki innym, ona ma uświadamiać. Z początkowo prostej ulicznej sztuki, buntu, chęci wrócenia lokalnej uwagi na problem lokalny, przybiera rangę globalną, uczy nasz szacunku do tego co mamy. Podążając za tą myślą, czy nazwałabym teraz street-art wandalizmem- na pewno nie. Myślę, że stworzenie takiego projektu w tak kontrowersyjnym miejscu, pokazuje siłę tej sztuki, a za razem jak jest ona potrzebna. Czy gdybyśmy wystawili te zdjęcia w jednej z londyńskich, czy nowojorskich galerii sztuki, to miała by taki wydźwięk? – wątpię. Ci ludzie nie myślą o tym, aby udać się do galerii, żyją raczej w ciągłej walce o poprawę stanu życia.
Street-art dla niektórych sztuka naszej epoki, sztuka dla mas, dla innych wandalizm, „bazgroły”, niszczenie mienia publicznego. Zadajmy sobie jeszcze raz to pytanie: czy jest to sztuka na miarę globalną czy może raczej lokalną. Podałam jedynie dwa przykłady, ale według mnie idealnie obrazujące skalę street- artu. Wszelkiego rodzaju festiwale równie dobrze pokazują ogrom przedsięwzięcia, ludzie z różnych rejonów świata, zjeżdżają się po to by zmienić kawałek zwykłej, brudnej, ściany w coś niezwykłego.Street-art tak powszechny jak kontrowersyjny. Skala tego przedsięwzięcia jest nie do końca znana, każdy ma możliwość wypróbowania swoich sił na skrawku muru. Podróżując chcąc nie chcąc widzimy wiele prac, często zastanawiając się :dlaczego ktoś tak oszpecił ten budynek, czasem jednak któreś z dzieł zwróci naszą szczególną uwagę, zaprze dech w piersiach.Street-art jest wszechobecny i jak wiele rzeczy można go podzielić na dwie klasy: ambitny i  nic niewnoszący. Jednym może się to podobać, innym nie, ale trzeba pamiętać o granicy między sztuką a wandalizmem, ponieważ jest ona bardzo cienka.





Jeden z projektów JR możecie obejrzeć Tutaj


poniedziałek, 11 listopada 2013

Kobieta Dekonstruktywizmu

Dekonstruktywizm w dwóch zdaniach; rozpoczął się w późnych latach 80.XX wieku, jest kontynuacją architektury postmodernistycznej. Przyglądając się budynkom tworzonym w tym stylu, możemy zauważyć, krzywoliniowe kształty, które służą zaburzeniu konstrukcji, przez co bryły w efekcie końcowym są nieprzewidywalne. 


A teraz przejdźmy do tytułowej kobiety, Brytyjka pochodząca z Iraku, urodzona 31 października 1950 w Bagdadzie. Studiowała z Bejrucie a następnie w Londynie, gdzie mieszka i pracuje do dziś. Jako pierwsza przedstawicielka płci pięknej zdobyła w 2004 roku nagrodę Pritzkera (najwyższe architektoniczne odznaczenie, przyznawane corocznie architektom, którzy poprzez swoje projekty mieli wpływ na środowisko człowieka). 



Nasza dzisiejsza "bohaterka" może pochwalić się także wyróżnieniem Miesa van der Rohe (laur ten przyznawany jest co dwa lata, a fundowany jest przez Komisję Europejską, Parlament Europejski i Fundację imienia Miesa van der Rohe w Barcelonie) ale także wieloma innymi nagrodami. Znana nie tylko z projektów stricte architektonicznych, w 2012 zaprojektowała wybieg dla domu mody Chanel, na Francuskim tygodniu mody (tutaj możecie obejrzeć pokaz), flakonik perfum Donny Karan, wykonała także projekt butów dla tak modnej w ostatnim czasie firmy Melissa, czy United Nude (tutaj możecie obejrzeć filmik, jak powstają te "zabójcze" buty). Według niej samej, Iradzkie pochodzenie nie ma wpływu na jej twórczość. Mówi jednak, iż właściwym kontekstem w jakim powinno się odbierać jej prace jest feminizm. Wiecie już kogo mam na myśli? Jeżeli tak to gratuluje, a jeżeli nie domyślacie się o kogo chodzi to już wyjaśniam! Zaha Hadid - jedna z moich ulubionych artystek, którą "poznałam"  jakieś 2 lata temu, od tamtego czasu staram się być na bieżąco z jej zadziwiającymi projektami, które bardzo często kojarzą mi się z futurystycznymi wizjami, przenoszącymi nas na inną planetę, gdzie wszystko jest proste, nowoczesne  i gdzie dba się o środowisko.







poniedziałek, 2 września 2013

W murach zamkniętego kościoła grywa Bach.

Wydarzenia kulturalne są nieodzowną częścią mojego życia, czasem mam możliwość częstego obcowania ze sztuką, ale chwilami czuje niedosyt emocji, wrażeń, najzwyczajniej brakuje mi teatru, dobrego koncertu czy po prostu kreatywnego spędzenia czasu ze znajomymi. W ostatnim czasie nie mogę jednak narzekać, ponieważ miałam okazję odwiedzenia kilku bardzo interesujących miejsc, posłuchania ciekawych głosów, zapoznania się z rzeczami "nie z tej epoki". Był to bardzo wartościowo spędzony czas, w doborowym towarzystwie. Miesiąc zaczęłam od uczestniczenia w wykładzie Dominiki Łukoszek pt. "Ubiór jako dzieło sztuki" który poprzedziłam wystawą "Elegancja Francja" według mnie niestety źle zorganizowaną, słabo rozmieszczone i oświetlone eksponaty, traciły bowiem wiele na wartości, a kilka z nich było naprawdę godnych zainteresowania. Autor wystawy w bardzo ciekawy sposób postanowił zachęcić widza do wyrażenia swojego zdania na temat elegancji. Do dyspozycji odwiedzających był wielki arkusz papieru i kredki do stworzenia projektów odzwierciedlających nasze wizje szyku oraz luźne skojarzenia z nim związane.

Polska Akademia Gitary jest międzynarodowym przedsięwzięciem artystycznym i edukacyjnym, jak możemy przeczytać na oficjalnej stronie festiwalu, który miał miejsce na terenie całej Wielkopolski. Miałam okazję uczestniczenia w 2 wydarzeniach: koncercie Fismolla w moim rodzinnym mieście oraz w występie w filharmonii poznańskiej, hiszpańskiego gitarzysty Carlos'a Pińany wraz ze wspaniałym zespołem, prezentującego swój nowy projekt zatytułowany "Body and Soul". Jeżeli chodzi o pierwsze wydarzenie był to kameralny występ w Bibliotece Miejskiej w Puszczykowie, młodego artysty, który był przejęty występem,co dało się usłyszeć.Koncert nie odbył się bez małych problemów z nagłośnieniem, nie przeszkodziło to jednak w odbiorze dobrej muzyki, prezentowanej przez zespół. Natomiast 31 sierpnia Aula UAM'u przeżyła oblężenie, pomimo iż jest przyzwyczajona do tak licznych odwiedzin. W tym tłumie osób oczekujących z niecierpliwością koncertu, znalazło się kilkoro "elegantów" którzy chyba pomylili "imprezy", ponieważ filharmonia wymusza pewien rodzaj ubioru, wobec czego sandały, pogniecione koszule i inne mało adekwatne rzeczy powinno się pozostawić w domowym zaciszu, o czym niektórzy najwidoczniej zapomnieli. Pińana wraz z zespołem czuli się na poznańskiej scenie bardzo pewnie, artyści przenieśli publiczność na 2 godziny w klimaty gorącej hiszpańskiej nocy, świetna muzyka, niezapomniane głosy i taniec flamenco. Czego chcieć więcej?! Koncert zakończyły dwa bisy,jeden z udziałem polskiego, zaprzyjaźnionego z Hiszpanem artysty, oraz niespodziewana improwizacja taneczna wokalisty, wraz z osobą należącą prawdopodobnie do sztabu organizującego festiwal. Nie mogę jednak zapomnieć o koncercie organowym, który miał miejsce kilka dni wcześniej w poznańskiej Farze, było to jedno z najbardziej niezapomnianych przeżyć w moim dotychczasowym życiu. Kościół był zamknięty, wobec czego wchodziło się w głąb wąskich korytarzy poprowadzonych tuż obok pięknego kościelnego dziedzińca, przy którym była mała kawiarenka z dobrą muzyką. By dostać się do miejsca koncertu, trzeba było odbyć kilku piętrową wycieczkę po schodach, ale czego się nie robi dla sztuki, prawda?! Gdy już weszło się na balkon, na którym stoją te piękne, wielkie organy Friedricha Ladegast'a i usiadło na niewygodnym krześle, spojrzało na ciemny, tajemniczy kościół, można było się domyślić że to będzie coś nieziemskiego. Gdy ludzie się zebrali, przyszedł organista, stworzony do tej pracy jak nikt inny, pochłonięty nią doszczętnie. Zaczął się koncert, przepełniony informacjami na temat twórców, minionych czasów i oczywiście organów. Mogliśmy posłuchać utworów mistrzów m.in. Jana Sebastiana Bacha. Polecam każdemu, przynajmniej raz wybrać się na tego typu koncert, jest to zapewne, inny rodzaj muzyki niż ta której słuchamy na co dzień. Świetny sposób na przeżycie czegoś inspirującego, a powinniśmy być otwarci na nowe rzeczy, bo one najbardziej nas rozwijają. Czasu spędzonego w taki sposób nie należy żałować, tym bardziej jeżeli był on "tracony" z odpowiednią osobą.