czwartek, 31 lipca 2014

Buszujący w winorośli

Włochy czyli piękne tereny, wspaniała pogoda, sympatyczni ludzie. Nie zapominając oczywiście o jedzeniu i piciu z którą utożsamiamy włoska kulturę. Włochy to także interesująca architektura, której przykład chcę Wam dzisiaj pokazać. Projekt florenckiej winiarni architekta Archea Associati, który nie powstałby bez pomocy Laura Andreini, Marco Casamont, Silvia Fabi, ale także Giovanni Polazzi. Stworzona na zamówienie Marchesi Antinori w unikalnej okolicy wzgórz Chinati- pokrytej wieloma winnicami, powstała kolejna, wyjątkowa- wpisująca się całkowicie we włoski krajobraz.



Funkcjonalność w tym wypadku stała się kluczowym aspektem projektu, a połączenie środowiska naturalnego ze środowiskiem pracy miejscowej ludności był się jednym z nadrzędnych celów. Cały budynek winiarni został schowany pod powierzchnią upraw, dzięki czemu dach będzie stanowiła winorośl. Jedynie otwory w ziemi dyskretnie ujawniają podziemne wnętrza, w których znajdują się pomieszczenia biurowe, restauracja, biblioteka czy sklep, nie zapominając o komorach w których produkowane i butelkowane jest wino. Zaciszne serce winnicy, gdzie dojrzewa w beczkach, nabiera wręcz sakralnego wymiaru. Precyzyjnie dobrana temperatura pomieszczeń ukrytych pod ziemią, gwarantuje idealne warunki, dzięki czemu nektar bogów może powoli dojrzewać.



Pomieszczenia znajdujące się na górnym poziomie, są oświetlone przez okrągłe otwory rozproszone w dachu winnicy, ten sam system służy do zapewnienia światła pozostałym izbom. Materiały i technologie wykonane są zgodnie z lokalną tradycję i prostotą, dzięki czemu tworzą spójną całość z otoczeniem. Wykorzystanie terakoty i celowe korzystanie z energii produkowanej naturalnie przez ziemię do ostygnięcia i zaizolowania winnicy, tworzą idealne warunki klimatyczne do produkcji trunku.




 Winnice kojarzą mi się z klasycznymi rozwiązaniami, które także w tym projekcie możemy zaobserwować. Klasyka integruje się z nowoczesnością, a lokalna tradycja z niebanalnymi rozwiązaniami. Nie od dziś winiarnie zamieniane są w hotele, spa- ośrodki przynoszące coraz to większe zyski, powinniśmy się do tego przyzwyczaić. Moim zdaniem w tym wypadku zostały zastosowana idealne rozwiązania, całość jest oryginalna, a dbałość o szczegóły zachwyca na każdym kroku.
  

sobota, 19 lipca 2014

Katalogowe wątpliwości


Pomimo, że nowy katalog marki nie jest jeszcze dostępny dla zwykłego śmiertelnika, ja doszukałam się nowości które mają się w nim pojawić. Broszura pojawi się 24 lipca w sklepach Ikea, a wybrańcy otrzymają go drogą pocztową. Ale ja już dziś chcę się z Wami podzielić tym co odkryłam.



W zeszłym roku Ikea stawiała na funkcjonalność, pojawiły się sprzęty które można było wykorzystywać w różnych pomieszczeniach. Tym razem sztab stylistów, projektantów i designerów zajął się głownie łazienkami i sypialniami twierdząc, że są to miejsca w których spędzamy najwięcej czasu. Przygotowano dla nas szeroką gamę basiców, które tak naprawdę widzieliśmy już w poprzednich katalogach. Jeżeli chodzi o dodatki, to także wiele z nich mogliśmy obserwować w ubiegłych latach. Jednak tego roku znane nam już przedmioty będziemy mogli kupić w nowych wariantach kolorystycznych. Pracownicy firmy pomyśleli tez o fanach kolorowych, wzorzystych motywów, którzy będą mogli poszerzyć wyposażenie mieszkania o nowe elementy z asortymentu marki.



Według mnie widzimy te same meble tylko w innych pomieszczeniach, które swoją drogą są często nie przemyślane, niektóre z nich wyglądają jak wyciągnięte z tanich salonów meblowych. Trzeba pamiętać, że sklepy Ikea mają tak szeroki wachlarz produktów, że każdy, chcąc nie chcąc, wybierze coś dla siebie. Pomimo, że niektóre rozwiązania widzieliśmy już kilkukrotnie, nadal przykuwają nasza uwagę i wciąż chcemy je oglądać.





Od kilku lat możemy zaobserwować, iż cena wzrasta a jakość niestety spada. W sklepach Ikea oczywiście znajdziemy meble nie wyglądające na swoją cenę, wykonane z wysokiej klasy materiałów. Boje się jednak, że z czasem będzie ich coraz mniej. Niestety na ten moment widzę znaczną tendencję spadkową.



Z ciekawością czekam na nowy katalog. Mam nadzieję, że gdy wezmę go w dłonie, moje wszelkie wątpliwości dotyczące asortymentu zostaną rozwiane. Jeżeli tak się stanie będziecie wiedzieć o tym jako pierwsi. Nie pozostaje nam nic innego, jak czekać na nowy katalog. Chciałabym wiedzieć, co wy sądzicie na temat nowej zapowiedzi katalogu- piszcie w komentarzach.




Zdjęcia: pinterest.com 

poniedziałek, 14 lipca 2014

Cricoteka

Zanim przejdę do Cricoteki, należy zacząć od człowieka bez którego cała opowieść nie miałaby sensu- Tadeusza Kantora czyli polskiego malarza który zawojował świat teatru. Bezwzględnie zrewolucjonizował scenę światową, dosłownie na nią wchodząc i dyrygując swoimi aktorami, którymi bardzo często byli jego przyjaciele, pasjonaci sztuki. Artysta twierdził, że awangarda jest już tak mocno odciśnięta na kartach sztuk plastycznych, że jest to czas na wprowadzenie jej na deski teatru. Przedstawienia nie mogły być ograniczane przez cokolwiek: miejsce czy scenariusz. Podczas okupacji malarz stworzył teatr eksperymentalny, którego późniejszą kontynuacją był Cricot 2. W 1954 roku został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi za zasługi dla Państwa.


Ale czym jest Cricoteka? To ośrodek Dokumentacji Sztuki Tadeusza Kantora, znajdujący się w Krakowie, który istnieje od 1980 roku, początkowo działał jako ośrodek teatru Cricot 2, gdzie przez ponad dekadę zostawiał po sobie spuściznę. Dzięki czemu w murach budynku znajdziemy pokaźny zbiór obiektów, kostiumów, szkiców, zapisów video wykorzystywanych przy tworzeniu spektakli ale i nie tylko. Cricoteka to miejsce pełniące funkcję archiwum, muzeum, galerii ale i placówki naukowej.


Budowa kolejnej fili krakowskiego ośrodka  trwa od 2009 r., a otwarcie planowane jest po wakacjach. Tego nie łatwego przedsięwzięcia podjęła się pracownia nsMoonStudio. Architekci przyznają, że czerpali inspirację z twórczości artystycznej Tadeusza Kantora,a w projekcie powinniśmy dostrzec ideę ambalażu. Nowa cześć budynku ma powstać nad zabytkową częścią pochodzącą z XIX wieku, w której niegdyś mieściła się elektrownia. 13 metrów nad budynkiem starej elektrowni, ma powstać stalowy most czyli nowa część obiektu.W odnowionej przestrzeni znajdziemy wielofunkcyjne sale audiowizualne, natomiast w nowej części znajdziemy bibliotekę i kawiarnię.


Bez wątpienia projekt łamie wszelkie stereotypy budowy obiektów muzealnych, w niecodzienny sposób zderzają się dwa tak odmienne style, teoretycznie nie mające ze sobą nic wspólnego a jednak współgrające. Budynki idealnie wpisują się w koncepcje Tadeusza Kantora. Oglądając twórczość artysty czujemy pewnego rodzaju niepokój i takie także uczucia nam towarzyszą gdy spoglądamy na budynek. Mogę nie być fanką tak wyraźnego kontrastu, uczuć wiążących się z tym miejscem ale odwaga z jaką architekci nsMoonStudio podeszli do zadania jest jak najbardziej warta gromkich oklasków. Takiego zdecydowania w podejmowaniu ryzyka, związanego z tworzeniem oraz renowacją starych pomieszczeń pofabrycznych, jest nam niestety brak.



       Jestem ciekawa jak wy reagujecie na nowy projekt Cricoteki, z chęcią poznam wasze zdanie na ten temat: piszcie w komentarzach.

fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

wtorek, 20 maja 2014

Stara Rzeźnia



Dziś -  rzeźnia miejska na Garbarach w Poznaniu. Pod koniec XIX wieku zarząd miasta Poznania zadecydował o budowie rzeźni miejskiej ale także targowiska zwierzęcego na tzw. Łąkach Dominikańskich, było to spowodowane rozrastaniem się miasta a co za tym idzie zapotrzebowaniem na rynku.W 1900 roku rzeźnia została uruchomiona a prowadziła do niej bocznica kolejowa ze stacji Poznań Garbary. Zaliczano ją do sieci budynków najnowocześniejszych w Europie. Zakład kilkukrotnie na przełomie lat rozbudowywano. Aż do lat 90. XX wieku kiedy to spółka "Pozmeat" zdecydowała o przeniesieniu zakładów poza teren miasta. Od tamtej chwili budynki rzeźni nie są wykorzystywane do celów, do których pierwotnie zostały stworzone. Dziś na terenie Starej Rzeźni odbywają się imprezy kulturalne ale także w każdy weekend organizowany jest pchli targ.


 Spółka Garbary, zarządzająca poznańską Rzeźnią zaprezentowała wizję zmian dotyczących budynków na ul. Garbary 101. W planach z 2012 spółka przedstawiła pomysł pojawienia się w pobliżu Starej Rzeźni - willi miejskich. W tym roku nowa koncepcja zakłada przearanżowanie istniejących na tym terenie obiektów, w których miałyby nadal odbywać się wydarzenia kulturalne ale także miałby się pojawić ekologiczny targ, w pobliżu miałyby powstać nowe mieszkania i biurowce. Pchli targ miałby jednak ustąpić miejsca ekologicznemu targowi. Dotychczasowa działalność kulturalna miałaby się przenieść no nowo odrestaurowane przestrzenie. Pierwsza koncepcja dotycząca zmian w Starej Rzeźni wywołała duże zainteresowanie wśród uczestników spotkania: radnych i pracowników Miejskiej Pracowni Urbanistycznej. Jednak nie tylko mnie ogarnęły wątpliwości, Miejski Konserwator Zabytków wskazuje, że niektóre z proponowanych zmian mogą mieć zły wpływ na architekturę Starej Rzeźni, mimo ze nie wiadomo jak będzie wyglądać ostateczna wersja planów na zagospodarowanie tej przestrzeni.


   Wielokrotnie byłam w Starej rzeźni nie tylko na imprezach kulturalnych ale i na pchlim targu, jest to miejsce które bez wątpienia potrzebuje odświeżenia, ale nie w tak brutalny sposób. Kolejne blokowisko ale i biurowisko - nie są Poznaniowi potrzebne. Targ staroci - to nie tylko budynki, stragany, koce, ale i ludzie, którzy przychodzą tam co tydzień od wielu lat, których życie związane jest właśnie z tą przestrzenią. Stara rzeźnia - to miejsce gdzie co tydzień, przy ładnej pogodzie ale i nie pogodzie zbierają się zapaleńcy: setki ludzi, wracający z kościoła, wybierający się na spacer, kolekcjonerzy ale i młodzi ludzie szukający czegoś "fajnego" do swojego nowego domu, sprzedający swoje projekty. Pchli targ to mała kraina próżności... Wspaniałe jest to, że obok pomieszczeń z setkami książek z czasów których nasi dziadkowie nie pamiętają, znajdują się złote siedziska, następnie świeże owoce, a obok tego bielizna.


Zagospodarowywanie przestrzeni w Poznaniu jest problematyczne, bardzo często zapomina się o potrzebach mieszkańców,a miejsca w których poznaniacy czują się swobodnie zostają przerobiona na coraz to nowsze biurowce czy tez niezamieszkane blokowiska. Problemem jest także realizacja projektów- które podobają się poznaniakom. Pierwotne założenia najczęściej odstają od końcowej realizacji, idealnym tego przykładem jest Green Point czy Dworzec Poznań Główny a raczej centrum handlowe znajdujące się tuż obok niego. Jeżeli inwestor przerobi to miejsce w taki sposób jak planuje- mieszkańcy stracą kolejną przestrzeń gdzie czują się dobrze, do której chętnie przychodzą. Pchli targ kontra eko- targ, w tamtym miejscu co tydzień znajdziemy świeże owoce i warzywa - gdyby było na tego typu produkty większe zapotrzebowanie to na pewno, pchli targ nie miałby już miejsca bytu. Ekologicznemu targowi - mówię jak najbardziej tak, jednak niech nie koliduje on z pchlim targiem.


 W zarządzie do spraw zagospodarowywania przestrzeni miejskiej powinien pojawić się socjolog, ponieważ bez jego pomocy, za jakiś czas nasze miasto stanie się miejscem mało przyjaznym mieszkańcom. Stary Browar - pozostaje jednym z najlepiej zagospodarowanych miejsc w Poznaniu, wspominam o tym, ponieważ architektura Browaru i Starej Rzeźni jest w pewien sposób podobna. Jedna przestrzeń została w znakomity sposób zagospodarowana, druga miejmy nadzieję też będzie. Nadbudowa przeszklonych brył nad każdy budynek rzeźni nie jest dobrym pomysłem, ponieważ to miejsce, w brutalny sposób, straci swoja przestronność.  


 Mam nadzieję, że ten projekt z czasem ewaluuje, w sposób który będzie korzystny dla mieszkańców. Będę was informować gdy pojawią się jakieś zmiany dotyczące Starej Rzeźni. Chętnie przeczytam czy majcie zdanie podobne do mojego czy może przeciwnie- uważacie, że jest to znakomity projekt, piszcie w komentarzach. Będę starała się, żeby notatki na blogu pojawiały się coraz częściej, ale jak na razie TUTAJ znajdziecie więcej inspirujących mnie rzeczy, którymi chce się z wami dzielić, więc zapraszam do śledzenia. 

Zdjęcia: epoznan.pl

środa, 19 marca 2014

Nowa Papiernia.



Nowa Papiernia to jedyna z inwestycji które mają w najbliższym czasie powstać we Wrocławiu. Budynek poprzemysłowy który jest jednym z nieużytków miasta, zostanie zagospodarowany a stare nikomu niesłużące pomieszczenia zastąpią nowoczesne przestrzenie mieszkalne. Uwielbiam takie projekty, ponieważ jest to idealny sposób na połączenie nowoczesnej architektury z kawałkiem przestrzeni posiadającej już swoją historię. Stara fabryka papieru, powstała w XIX wieku, więc bez wątpienia wyróżnia się unikalnym i niepowtarzalnym klimatem, a jej historia wciąż jest skryta w murach budynku.



Osobiście lofty kojarzą mi się z przestronnością pomieszczeń, wielkimi oknami, wszechobecnymi cegłami, surowością wykończenia czy wystającymi rurami ze ścian. Czyli w głowie mam raczej kadry z filmów rozgrywanych na Manhattanie, a są to mieszkania o jakich marzę od kilku lat.   




Projekt Wrocławskich Loftów powstał w pracowni AP Szczepaniak, inwestorem natomiast została firma Red Real Estate Development. Prace mają zakończyć się do czerwca tego roku, ja osobiście jestem bardzo ciekawa jaki będzie efekt końcowy.



   Osobiście raczej wybrałabym opcję z pustym mieszkaniem, jeżeli byłaby taka możliwość, wolę sama urządzać swoją przestrzeń, niż żyć w przekonaniu, że mam takie samo mieszkanie jak moi sąsiedzi. 
Wolę stworzyć coś niepowtarzalnego.  
Zdjęcia: wroclaw.naszemiasto.pl

środa, 29 stycznia 2014

Tożsamość street-artu: Globalna czy lokalna?

Czym tak naprawdę jest street art? Naściennymi „bazgrołami” stworzonymi przez grupy zdesperowanych i znudzonych nastolatków czy sztuką uliczną tworzoną przez ludzi z pasją, dla których nie ma miejsca w przeciętnych muzeach, chcących w ten sposób pokazać swój sposób postrzegania świata szerszemu gronu odbiorców? Odpowiedzi na to pytanie byłoby wiele, bowiem street-art ma spore grono zwolenników ale również przeciwników. Zacznijmy od wyjaśnienia pojęcia "street-artu", żeby się przygotować sięgnęłam do wszystkowiedzącej Wikipedii i dowiedziałam się, iż jest to dziedzina sztuki tworzona w miejscu publicznym, cóż za imponujące odkrycie, czytałam dalej.. termin ten zawiera w sobie Graffiti, którego się często używa by odróżnić "aktywność artystyczną" od wandalizmu, i tu się tworzy przestrzeń dla spekulacji. Czy graffiti  jest wandalizmem, czy jest to wyrażanie swoich emocji na kawałku muru, budynku, najczęściej nielegalnie; bez jakiejkolwiek zgody lokalnych władz, czy zwyczajnie właściciela danego obiektu?! A może jest to coś więcej, zjawisko nie ograniczające się tylko do przestrzeni lokalnej. Być może nie zdajemy sobie sprawy z ogromu street-artu, utożsamiając go jedynie z wspomnianym wcześniej graffiti . Im więcej na ten temat czytałam, tym bardziej uświadamiałam sobie, iż tak naprawdę nasza wiedza dotycząca tego zjawiska jest znikoma. Nie tylko ja mam problem z tym zagadnieniem, bowiem natknęłam się na książkę pt. „Street-art. Między wolnością a anarchią”. W której były zawarte eseje historyków i krytyków sztuki oraz architektów, z udziałem socjologów, kulturoznawców, prawników czy nawet badaczy mediów. Dzięki tej książce zdałam sobie sprawę, ze złożoności zjawiska jakim jest street-art, z możliwości jego wielopłaszczyznowej interpretacji.


Skoro street- art jest  aktywnością artystyczną, dlaczego autorzy nie chełpią się swoimi dziełami, dlaczego większość z nich jest anonimowa? W głowie mam milion pytań które chciałabym zadać, ale z odpowiedzią na nie miałabym raczej problem. Czytając i przeglądając strony dotyczące tego zagadnienia, dowiedziałam się że jest wiele rodzajów street-artu : Scratching polega na wydrapywaniu napisów za pomocą wszelakich przedmiotów. Jest to metoda bardzo trudna do usunięcia, ale także czasochłonna, więc jest kojarzona z aktem wandalizmu. Każdy nie raz natknął się na Writting, czyli napisy ścienne które są wszechobecne. Dla mnie wszystkie są podobne, ale ponoć każdy grafficiarz próbuje wypracować swój niepowtarzalny styl. Najwięcej mówi się na temat prac dotyczących rasizmu, różnic wyznaniowych czy spraw politycznych. Wielu graficiarzy posługuje się szablonami, za pomocą których przenoszą wymyślone uprzednio przez siebie wzory na wybrany kawałek muru. Sięgając do historii Polski, możemy sobie przypomnieć, iż podczas walki z okupantem, młodzież, umieszczała na ścianach np. znaki kotwicy czyli Polski Walczącej–był to idealny sposób na zwrócenie uwagi. Od tamtego czasu naprawdę niewiele się pod tym względem zmieniło. Autorzy street-artu usiłują zwrócić naszą uwagę na ważne aspekty kulturowe, różnice wszelkiego rodzaju, często wiąże się to z pytaniami: gdzie się kończy sztuka a zaczyna wandalizm. Idealnym przykładem jest  Banksy-brytyjski artysta, który zasłynął z prac robionych właśnie metodą szablonu, niemal zawsze dotyczących istotnych problemów społecznych i kwestii politycznych, które można traktować jako swoisty odautorski komentarz a jednocześnie nie zaprzeczalnie rodzaj sztuki. Jego prace znajdziemy w  Londynie, ale także w innych miejscach na świecie, ich wydźwięk jest raczej antywojenny, antykapitalistyczny i pacyfistyczny. Początkowo jego postać  kojarzyła mi się z relacjami z mediów, bowiem w pewnym czasie było o nim bardzo głośno, ale więcej na jego temat dowiedziałam się z filmu-„Wyjście przez sklep z zabawkami”. I tu pojawia się pytanie: czy street-art zaliczylibyśmy do tożsamości raczej lokalnej czy może globalnej? 




Skoro mowa o nim nie tylko w branżowych magazynach, portalach o sztuce, ale nawet zwykłych codziennych wiadomościach. Kilka lat temu, gdy w prasie pojawiły się doniesienia o tym, że artysta namalował obrazy na murze dzielącym, Palestynę i Izrael- dwa państwa będące zwaśnione od lat, za sprawą konfliktu terytorialnego. Jedna z grafik przedstawiała dziecko, które zabawkową łopatką wykopało dziurę w murze. Rozpoczęła się publiczna nagonka oraz wiele spekulacji, dotyczących słuszności dzieł i miejsca. Podobną reakcję wywołał, nagi mężczyzna zwisający z parapetu  okna, ukrywający przed mężem swojej kochanki, na ścianie Sexual Health Clinic Street w centrum Bristolu, pomimo iż miejskie władzę chciały usunąć dzieło, opinia publiczna przegłosowała jego pozostawienie wynikiem 97%. Rozgłos Banksy’ego wzrastał, gdy w LA stworzył swój pierwszy wernisaż, zawrzało,  pomalowanie słonia(a raczej upodobnienie go to naściennej tapety) wywołało przeróżne odczucia:  śmietanka towarzyska Hollywood była oczarowana pomysłem, natomiast obrońcy praw zwierząt się oburzyli – rozpętała się kolejna burza medialna z udziałem tego artysty. Wzrost jego popularności czynił ze street-artu, sztuki tworzonej bez pobudek finansowych,  sztukę może nie komercyjną, ale na pewno komercji bliską. Prace Banksy’ego zaczęły przybierać horrendalne kwoty na aukcjach, „gwiazdy” a nawet mecenasi sztuki pragnęli posiadać jego działa w swoich kolekcjach. Sztuka street-artu zaczęła przybierać inny kształt. Film wspomniany przeze mnie wcześniej idealnie pokazuje jak to wszystko się zaczynało, jak ten rodzaj sztuki wpasowywał się w nasze codzienne życie i otoczenie. Jak z rangi lokalnego przybierał postać globalną.


Kolejnym przykładem jest film pt. „Twarze” który przedstawia nam projekt francuskiego artysty o pseudonimie JR oraz szwajcara Marco .Którzy z odległości około  10 cm, zrobili zdjęcia twarzy wybranych(41) Izraelczyków i Palestyńczyków reprezentujących różne zawody, grupy społeczne by następnie rozwiesić zdjęcia w najbardziej newralgicznych punktach Palestyny i Izraela. Film idealnie pokazuje reakcje ludzi, zmaganie z rozróżnieniem, kto tak naprawdę jest muzułmaninem a kto żydem na ukazanych zdjęciach. Nastroje mieszkańców obu narodów są napięte, wszyscy zgodnie twierdzą, iż mur należy zburzyć. Śmiech wyzwolony przez JR, karykaturalnymi zdjęciami rabina, imana i księdza, przełamuje w pewien sposób „mur” wrogości między graniczącymi ze sobą narodami. Film nam uzmysławia w jakim koszmarze żyją ci ludzie, marząc o podstawowych rzeczy jak praca, jedzenie czy dach nad głową. Street-art nagle przybiera inną postać, jego rola nie ogranicza się tylko i wyłącznie do pokazywania sztuki innym, ona ma uświadamiać. Z początkowo prostej ulicznej sztuki, buntu, chęci wrócenia lokalnej uwagi na problem lokalny, przybiera rangę globalną, uczy nasz szacunku do tego co mamy. Podążając za tą myślą, czy nazwałabym teraz street-art wandalizmem- na pewno nie. Myślę, że stworzenie takiego projektu w tak kontrowersyjnym miejscu, pokazuje siłę tej sztuki, a za razem jak jest ona potrzebna. Czy gdybyśmy wystawili te zdjęcia w jednej z londyńskich, czy nowojorskich galerii sztuki, to miała by taki wydźwięk? – wątpię. Ci ludzie nie myślą o tym, aby udać się do galerii, żyją raczej w ciągłej walce o poprawę stanu życia.
Street-art dla niektórych sztuka naszej epoki, sztuka dla mas, dla innych wandalizm, „bazgroły”, niszczenie mienia publicznego. Zadajmy sobie jeszcze raz to pytanie: czy jest to sztuka na miarę globalną czy może raczej lokalną. Podałam jedynie dwa przykłady, ale według mnie idealnie obrazujące skalę street- artu. Wszelkiego rodzaju festiwale równie dobrze pokazują ogrom przedsięwzięcia, ludzie z różnych rejonów świata, zjeżdżają się po to by zmienić kawałek zwykłej, brudnej, ściany w coś niezwykłego.Street-art tak powszechny jak kontrowersyjny. Skala tego przedsięwzięcia jest nie do końca znana, każdy ma możliwość wypróbowania swoich sił na skrawku muru. Podróżując chcąc nie chcąc widzimy wiele prac, często zastanawiając się :dlaczego ktoś tak oszpecił ten budynek, czasem jednak któreś z dzieł zwróci naszą szczególną uwagę, zaprze dech w piersiach.Street-art jest wszechobecny i jak wiele rzeczy można go podzielić na dwie klasy: ambitny i  nic niewnoszący. Jednym może się to podobać, innym nie, ale trzeba pamiętać o granicy między sztuką a wandalizmem, ponieważ jest ona bardzo cienka.





Jeden z projektów JR możecie obejrzeć Tutaj